Polskie morze

Wyprawa nad polskie morze okazała się czymś innym, niż obraz malowany przez turystów i wiadomości w radiach. To była wyprawa spontaniczna z dozą planu, czyli plaża i rower. Trójmiasto i plaże na samej północy Polski zderzyły się z moim obrazem morza z Irlandii. Postaram się opisać wycieczkę z perspektywy kogoś kto mieszkał nad morzem.
Rower niedbale spakowany, pół bagażnika odeszło i zostało miejsca na dwie walizki. Start na Śląsku.


Monotonną drogę orzeźwił postój w Toruniu - pyszne pierniczki i kawa. Odświeżeni ruszyliśmy w trasę, a utrudnienia na drodze dopiero zaczęły się pojawiać na obwodnicy Trójmiasta. Mieszkańcy tych miast muszą mieć niezłą tolerancję na korki, kiedy zaczyna się sezon i turyści napływają z najdalszych zakątków kraju.
"Gdzie to morze?" - mówię do siebie będąc u celu. Tutaj zaczęła się pierwsza różnica między morzem na wyspach. Mając klify, góry i kręte drogi nad samym wybrzeżem, po prostu nie da się go przegapić. W Polsce w miejscach jakich byłem, są lasy lub równiny i dopiero widzimy wodę jak już poczujemy piasek pod stopami.


Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o lasy i sztywne podjazdy na rower to idealnie jest w okolicach miasteczka Celbowo. Wokół biegną trasy Velo i szczerze mówiąc jakbym miał zabierać rower jeszcze raz to wybrał bym gravela. Na szosówce wpadłem na 10 kilometrowy odcinek, który ciągnął się wzdłuż linii morza przez lasy i nieutwardzoną drogę. W tamtej chwili marzyłem tylko o tym, żeby z niej zjechać, mimo tego iż droga była idealna na wyprawę - nie na oponach 25mm i wycieniowaną ramą karbonową. W Irlandii podjazdy są bardziej strome i z reguły odsłonięte przed wiatrem.

Główna różnica to piasek na plaży. W Irlandii większość plaż jest po prostu kamienista lub spaceruje się po chrupiących muszlach, które na boso mogą ukłuć. W Polsce jest to mięciutki piasek otoczony wydmami.


Powrót z Trójmiasta trwał 8 godzin i był okraszony nudnym oczekiwaniem na ruszenie w 25 kilometrowym korku. Według mnie to największy minus wybrania się nad polskie morze. Z drugiej strony, w Irlandii dojście do kawiarni i słuchanie odgłosu fal zajmowało mi 25 minut pieszo, więc nie mogę porównywać tego aspektu nie mieszkając w podobnej odległości.













Trzeba zaznaczyć, że w Irlandii mieszkałem 13 lat, a nad polskim morzem byłem dwa razy na długi weekend. Różnice wymienione w tym wpisie, wzięte są na podstawie moich doświadczeń i warto w przyszłości poszerzyć horyzonty Bałtyckiego wybrzeża.
Podsumowując, wycieczka nad Bałtyk była całkiem odmiennym doświadczeniem, niż dotychczas. Tutaj byłem turystą, a w Irlandii mieszkańcem, który miał to wszystko na co dzień. Z tym, że te codziennie widoki zawsze mnie zaskakiwały, bo w większości przypadków to morze było na horyzoncie. Chodząc po górach i odkrywając tereny jakie zielona wyspa ma do zaoferowania, w oddali zawsze było... tylko trochę spokojniejsze, niż stojąc na plaży czy spacerując po molo.